Brat powstrzymał się od dalszych słów. Wiedział, że ciężko będzie teraz rozmawiać z kapitanem. I zdawał sobie sprawę, że później – gdy ten ochłonie – będzie czas na spokojne rozmowy i ustalenia. W tej chwili mógł jedynie wrócić na swoje miejsce za sterem i zadbać, by statek obrał prawidłowy kurs.
Dasean patrzył jeszcze w wodę. Na barkach czuł jeszcze ciężar śmierci tych, którzy przed chwilą zginęli. Znał ich wszystkich. Znał ich imiona, rodziny. Znał ich samych. I wiedział, że długo jeszcze będzie zastanawiać się, co mógł zrobić inaczej, by mogli jednak przeżyć i razem z nim ruszyć w dalsza drogę.
– Nie zapominaj o żywych – odezwał się tuż obok Eliam. – Załoga cię obserwuje. Jeśli pogrążysz się w rozpaczy, oni także.
– Nie mam siły – zaczął. – Nie tak powinien wyglądać początek naszej wyprawy. Nie tak. – Opuścił głowę na pierś.
A potem spojrzał na swoją załogę. Fissean w jego imieniu wydawał kolejne polecenia chrapliwym, lekko zdławionym głosem. Sam nie radził sobie najlepiej z tym, do czego doszło. Ale starał się. Przez wzgląd na marynarzy. I kapitana, który ledwo sobie radził.
– Przejmę dowodzenia – szepnął Dasean do brata.
– Jeśli potrzebujesz czasu…
– Później. Teraz powinniśmy płynąć.
Sam stanął za sterem i podjął się swojego zadania. Wydawał rozkazy, nawet wiele się nad nimi nie zastanawiając. Wiedział, co ma mówić, co ma robić. Załoga zresztą też. Przede wszystkim skupiał się na tym, by dodawać im otuchy. By wierzyli, że mimo pierwszego nieszczęścia zdołają dotrzeć do Kontynentu. Że pokonają wszelkie przeciwności, na jakie się natkną w drodze. A gdy wreszcie dotrą do celu, podejmą się zadania, jakie sobie wcześniej postawili. Tak. Wierzył, że zdołają. Musiał jednak sam przed sobą przyznać, że czuje, że nie będzie to łatwa droga. I trochę bał się, co czeka ich już na samym Kontynencie.
KONIEC cz. I
Pozostałe części znajdziesz tutaj.
