Witajcie, Podróżnicy!
Miewacie tak, że czytacie książkę, bohaterowie wędrują po świecie i trafiają do zupełnie innego królestwa… gdzie wszyscy mówią w ich języku?
Trochę rozumiem taki zabieg. Dzięki temu podczas lektury nie musimy się głowić, co oznaczają wypowiadane słowa. Ale… przypominam sobie choćby lekturę Eragona, gdzie krasnoludy i elfy mają swój język 👅 I choć posługują się wspólną mową, to sięgają też po własną. I tak, stawało się to trochę irytujące, gdy po raz dziesiąty musiałam zerkać do słownika, by zrozumieć, co mówią, A jednocześnie nadawało pewnego smaku lekturze 😍
W swoich książkach też dbam, by każda rasa miała swój własny język. Język to przecież nie tylko słowa. To kultura, życie, mentalność 😉 Przykładowo:
📖 Dorknesczycy mają dwa określenia na gwiazdy (a tylko jednego używają, gdy życzą dobrej nocy przyjaciołom);
📖 Sarianie stosują inne zakończenia rzeczowników, zależnie od tego, czy mówią do kobiety, mężczyzny czy zwierzęcia oraz od tego, jaki mają stosunek do rozmówcy (czy darzą ich szacunkiem, czy raczej pogardą);
📖 A fati (podobnie jak ekidzi) wszystko nazywają bardziej opisowo (np. na władcę mówią „ten, który się opiekuje i zarządza”).
Co Wy o tym sądzicie? Lepiej gdy wszyscy bohaterowie używają jednej mowy czy warto by każda rasa miała swój własny język?
A jeśli chcesz dołączyć do mojej Drużyny i wybrać się w podróż po Kontynencie, to zapraszam do newslettera 👇
~Aleksandra
